wyświetlenia
Pomysł na Blue Monday nie jest żadnym oficjalnym świętem ani naukowym odkryciem. To raczej ciekawostka, która ma tłumaczyć, dlaczego akurat w połowie stycznia wiele osób czuje spadek energii. W końcu to czas, kiedy poświąteczny rozpęd dawno minął, dni nadal są krótkie, a do wiosny wciąż daleko.
Autorem samej idei był psycholog Cliff Arnall, który w 2005 roku spopularyzował teorię, że da się wskazać konkretny dzień, w którym „zbiega się” najwięcej czynników pogarszających nastrój. W internecie zaczęło krążyć jego słynne równanie - coś na kształt matematycznego wzoru na styczniowy dół.
W takim ujęciu w grę miały wchodzić typowo zimowe elementy: pogoda, mała ilość światła, zmęczenie po końcówce roku, spadek motywacji oraz fakt, że noworoczne postanowienia często zaczynają się sypać szybciej, niż ktokolwiek planował. Brzmi znajomo? Nic dziwnego - to rzeczy, które wiele osób odczuwa bez żadnych wzorów.
Najlepiej więc traktować Blue Monday jak etykietkę i pretekst do chwili oddechu, a nie „wyrok” na nastrój. Jeśli ktoś czuje się normalnie - super. Jeśli ktoś ma gorszy dzień - też nic dziwnego. Styczeń po prostu potrafi być taki, że humor nie zawsze nadąża za kalendarzem.
Źródło foto: pl.freepik.com. Obraz autorstwa gpointstudio na Freepik
Rozmowy na Facebooku