menu
„Żydowska k**wo” Takie słowa miały paść z ust Jakimowicza w stronę Wojewódzkiego. Sprawa ma mieć finał w sądzie
„Żydowska k**wo” Takie słowa miały paść z ust Jakimowicza w stronę Wojewódzkiego. Sprawa ma mieć finał w sądzie

Między Kubą Wojewódzkim a Jarosławem Jakimowiczem wybuchł głośny konflikt, który może skończyć się w sądzie. Wojewódzki twierdzi, że został publicznie obrażony i że padło wobec niego określenie o antysemickim charakterze. Z kolei Jakimowicz zaprzecza takiej wersji, przekonuje, że chciał spokojnie wyjaśnić sytuację i zarzuca showmanowi prowokowanie całego zajścia. Spór błyskawicznie przeniósł się do internetu i od razu wywołał lawinę komentarzy.

Cała sprawa nabrała rozgłosu po wpisie Wojewódzkiego, w którym wprost dał do zrozumienia, że nie zamierza zostawić tego bez reakcji. Według jego relacji Jakimowicz miał w miejscu publicznym użyć pod jego adresem wyjątkowo mocnych słów. Dla Wojewódzkiego nie była to zwykła zaczepka czy celebrycka uszczypliwość, ale sytuacja, która przekroczyła granicę i powinna mieć konsekwencje prawne.

Jarku. Rozumiem, że sytuacja na Bliskim Wschodzie jest napięta, wszyscy jesteśmy zdezorientowani, ceny benzyny etc. Ale nazywanie kogoś w miejscu publicznym, pełnym kamer, monitoringu oraz mało przyjaznych ci ludzi, cytuję: "Żydowską ku***", koniec cytatu, to zajęcie ryzykowne. Nie zyskało ono aprobaty ani mojej, ani mojego prawnika. Wiem, że tobie jako antysemicie marzą się pogromy, ale co ci zrobiła ta najstarsza profesja świata? Oprócz prostego faktu bycia twoją bezpośrednią konkurencją? Tak czy owak, recydywa boli podwójnie. Do zobaczenia w sądzie. Twój Jakub - czytamy w poście na Instagramie.

Reklama

Najmocniejszy punkt tego konfliktu dotyczy właśnie tego, co dokładnie miało paść podczas tego spotkania. Wojewódzki utrzymuje, że został zwyzywany, a sprawa ma dla niego dużo poważniejszy wymiar niż zwykła awantura między znanymi nazwiskami. W swoim przekazie jasno pokazuje, że chodzi nie tylko o zniewagę, ale też o charakter słów, które - w jego ocenie - nie mogą zostać zignorowane.

Jarosław Jakimowicz przedstawił jednak zupełnie inną wersję. Twierdzi, że od dawna jest obrażany przez Wojewódzkiego i że tym razem chciał po prostu odejść na bok i porozmawiać. Zaprzeczył też, by użył wobec niego antysemickiego określenia. Dodatkowo zasugerował, że całe zajście zostało od początku podgrzane, a obecność nagrywającej osoby i okrzyki o filmowaniu miały nie być przypadkowe.

Koleszko miętowy, obrażasz mnie od wielu lat. Mnie i wielu innych. Wielokrotnie prosiłem, żebyś mnie zostawił w spokoju” - napisał.

W jego relacji to właśnie Wojewódzki miał zachowywać się w sposób obliczony na efekt i późniejsze przedstawienie całej sytuacji w korzystny dla siebie sposób. Jakimowicz poszedł jeszcze dalej, zarzucając mu manipulację i budowanie atmosfery pod publiczne oburzenie. To sprawia, że dziś nie chodzi już tylko o to, kto komu co powiedział, ale też o to, kto mówi prawdę o samym przebiegu zajścia.

Prosiłem grzecznie, odejdźmy pogadać, ale tylko ty do niej krzyczałeś: nagrywaj, nagrywaj. (…) Mam nadzieję, że ta kobieta nagrywała całe zajście, bo jak tylko podszedłem do stolika, to kazał jej nagrywać i powtórzył to 20 razy. Lubi być filmowany” - relacjonował.

Manipulacje i ustawki to jego chleb powszedni. Wiadomo, że bez trudu po takiej awanturze wszystkim wokół można wmówić, co słyszeli - prosty zabieg socjologiczny. (…) Wystarczyło wstać od stolika i na boku wszystko sobie wyjaśnić”

Reklama

Najważniejsze jest jednak to, że konflikt nie kończy się na wymianie wpisów i medialnych komentarzy. Wszystko wskazuje na to, że sprawa może rzeczywiście trafić do sądu. A wtedy internetowe wersje wydarzeń będą musiały zderzyć się z twardymi ustaleniami, a nie tylko z emocjami i wzajemnymi oskarżeniami.

TWOJA REAKCJA?

Rozmowy na Facebooku