wyświetlenia
Problem w tym, że ta historia od lat krąży po internecie w różnych wersjach. Zmienia się tylko miejsce, czasem narodowość bohatera, czasem jego „zawód”, ale sam schemat opowieści pozostaje praktycznie taki sam. To bardzo mocny sygnał, że nie chodzi o świeżą relację z prawdziwego zdarzenia, tylko o stary internetowy tekst, który co jakiś czas wraca w nowym opakowaniu.
W przypadku tej konkretnej wersji nie ma śladów, które potwierdzałyby, że rzeczywiście doszło do takiej akcji w Kielcach. Brakuje wiarygodnych informacji o interwencji, brak też konkretnych danych, które pozwalałyby połączyć tę opowieść z realnym wydarzeniem. A jeśli naprawdę doszłoby do tak absurdalnej i widowiskowej sytuacji, najpewniej zostałby po niej jakiś wyraźny ślad - chociażby w relacjach lokalnych albo oficjalnych komunikatach.
Najbardziej prawdopodobne jest więc to, że mamy do czynienia ze starym fejkiem albo internetową pastą, która znów zaczęła żyć własnym życiem. Takie historie rozchodzą się bardzo łatwo, bo są krótkie, zabawne i brzmią jak coś, co ludzie chcą opowiedzieć dalej. Właśnie dlatego w ostatnim czasie można je zobaczyć w coraz większej liczbie wpisów, mimo że wszystko wskazuje na to, że nie opisują prawdziwego zdarzenia.
Rozmowy na Facebooku