wyświetlenia
Pomysł był prowokacją wymierzoną w rynek sztuki i w samą ideę, że nazwisko twórcy potrafi zamienić wszystko w luksusowy towar. Manzoni sugerował, że jeśli kolekcjonerzy są gotowi zapłacić fortunę za „dzieło”, to może kupią także coś kompletnie absurdalnego, byle miało jego podpis i status sztuki. Puszki miały być sprzedawane w cenie odpowiadającej ich wadze w złocie (czyli cena miała „pływać” jak kurs złota), etykieta (w kilku językach) informuje m.in. o „zawartości 30 g netto”.
Największy haczyk tkwi w tym, że nikt nie ma pewności, co naprawdę jest w środku. Puszki są zamknięte, a ich otwarcie niszczy wartość kolekcjonerską. Krążą różne wersje - od tego, że w środku faktycznie są odchody, po sugestie, że to tylko gips albo inny materiał. I właśnie ta niepewność jest częścią całej gry. Zamiast „prawdy” liczy się wiara w etykietę i w legendę.
Z biegiem lat puszki Manzoniego trafiały na aukcje i osiągały kwoty, które brzmią jak żart - tyle że całkiem realny. W ostatniej dekadzie pojedyncza puszka regularnie ląduje w okolicach 200-250 tys. euro, a rekordowe/medialne wyniki potrafią przebić tę granicę.
To chyba najlepsze podsumowanie tej pracy: prowokacja sprzed ponad 60 lat wciąż działa, bo pokazuje, jak łatwo rynek potrafi nadać wartość czemuś, co normalnie byłoby tylko powodem do wstydu.
Źródło foto: Jens Cederskjold, „Piero Manzoni - Merda D'artista (1961) - panoramio.jpg”, Wikimedia Commons, licencja CC BY 3.0.
Rozmowy na Facebooku