Szef federacji walk na gołe pięści najpierw zasugerował, że jego zawodnik może wcale nie być jego zawodnikiem, a potem zapowiedział, że ten nigdy więcej nie wejdzie do ringu Gromdy. Problem w tym, że internauci odkopali w tym czasie materiał, który federacja wrzuciła na Instagram niecałe dwa tygodnie przed atakiem we Wrocławiu. Bohater nagrania skarży się w nim na język, który słyszy na siłowni.
Zatrzymani w związku z niedzielną napaścią przy ulicy Okulickiego to, według ustaleń "Gazety Wyborczej" oraz dziennikarza Marcina Torza, 45-letni Adam C. o pseudonimie "Cycu" oraz 27-letni pseudokibic walczący amatorsko w MMA.
Adam C. jest postacią rozpoznawalną w środowisku sportów walki. Występował w turniejach na gołe pięści organizowanych przez federację GROMDA. Ma za sobą dziesięcioletnią odsiadkę, a "Wyborcza" opisuje go jako człowieka o przeszłości gangsterskiej.
Trzeci uczestnik ataku wciąż jest poszukiwany.

Dwie odpowiedzi w jednej rozmowie
Szef federacji Mariusz Grabowski odniósł się do sprawy w rozmowie z WP SportoweFakty i zrobił to w sposób, który trudno pogodzić wewnętrznie.
Najpierw zakwestionował sam fakt: stwierdził, że nie może potwierdzić doniesień, że zawodnik mógł walczyć na Gromdzie raz czy dwa, a dziś najwygodniej jest podszyć się pod tę markę. Dorzucił, że mężczyzna mógł wcześniej występować w KSW albo innych federacjach.
Chwilę później padła jednak deklaracja zupełnie innego kalibru: jeśli ten zawodnik kiedykolwiek walczył na Gromdzie, to już nigdy więcej tam nie zawalczy. Grabowski dodał, że federacja potępia takie zachowania i nie przyklaskuje im, a szansę zawodnikom daje po to, żeby wyszli na prostą, nie po to, żeby bili się na ulicach.
Sama federacja opublikowała też oświadczenie w mediach społecznościowych, w którym zapewnia, że nie ma nic wspólnego z takimi sytuacjami, i prosi, żeby absolutnie nie łączyć jej z wydarzeniami, które były i są przez nią potępiane.
Ten film został umieszczony 2 lipca na IG Gromdy.
— ɢʀᴇɢᴏʀ (@gregor_konop) July 28, 2026
Rozumiem tu nie ma żadnego nawoływania do przestępstwa?
Najpierw szczucie, teraz pobicie. Czekamy na zabójstwo?
Jak to oceniacie @PolskaPolicja @PK_GOV_PL @MKierwinski @w_zurek pic.twitter.com/x61dpjODvu
Nagranie sprzed dwóch tygodni
Właśnie ten fragment o potępianiu wywołał największą reakcję. Internauci przypomnieli materiał, który Gromda opublikowała na swoim Instagramie na początku lipca, czyli mniej więcej dziesięć dni przed atakiem we Wrocławiu.
Występujący w nim mężczyzna opowiada, jak drażni go, gdy na siłowni słyszy obcy język. Kwestia jest podana w konwencji żartu, ale wymowa nie pozostawia wątpliwości, a kontekst, w jakim odżyła po niedzieli, jest oczywisty dla każdego, kto widział nagranie z Zakrzowa.
To nie pierwszy taki materiał. W lipcu 2025 roku federacja wypuściła film, na którym zamaskowani mężczyźni deklarują "obronę polskich granic", a padające w nim określenia pod adresem imigrantów mają charakter jawnie rasistowski i są na tyle wulgarne, że nie da się ich przytoczyć.
Formuła, na której federacja zarabia
Marketing Gromdy od lat opiera się na napięciu narodowym i etnicznym. W grudniu 2025 roku odbyła się gala pod hasłem "Polska Siła vs Black Power", w której polscy zawodnicy mierzyli się z czarnoskórymi. Formuła musiała się opłacić, bo powtórzono ją 27 lutego 2026 roku na gali Gromda 24: Vendetta.
Oficjalna dewiza federacji brzmi "POLSKA SIŁA & WALKA DO KOŃCA".
Do tego dochodzi cała otoczka: pseudogangsterska stylistyka, romantyzowanie polskiej przemocy z lat dziewięćdziesiątych i promowanie zasad ulicznych oraz więziennych z subkultury gitów. Kontrowersje towarzyszą Gromdzie od początku. W 2022 roku, po fali krytyki jednego ze spotów, ze współpracy zrezygnował Mateusz Borek, ówczesna twarz i współzałożyciel organizacji.
Federacja mówi więc dziś, że przemoc uliczną potępia, a jednocześnie sprzedaje bilety na produkt zbudowany wokół zestawiania ludzi według narodowości i koloru skóry.
Jak zaczęła się awantura
Poszkodowani to 20-letnia Anastasia i 21-letni Maksym. Oboje trafili do szpitala.
Kobieta opisała potem, że tego dnia planowali jedynie zrobić zakupy. W kolejce jeden z mężczyzn wepchnął się przed nią, a gdy zwróciła mu uwagę, że tak się nie robi, zaczęła się awantura. Właściwy atak nastąpił dopiero na ulicy, przy samochodzie, do którego para próbowała wsiąść.
Policja od początku mówi o motywie na tle narodowościowym, a według relacji rodziny napastnicy sami mieli przyznać, że chodziło o wschodni akcent poszkodowanych.
Awantura polityczna i apel, który mówi najwięcej
Sprawa natychmiast weszła do bieżącej polityki. Politycy koalicji rządzącej obarczają odpowiedzialnością za nastroje antyukraińskie Jarosława Kaczyńskiego, Karola Nawrockiego, Przemysława Czarnka oraz obie Konfederacje. Wskazani politycy odrzucają te zarzuty, wskazując, że za przestępstwo odpowiadają wyłącznie jego sprawcy. Spór o to, gdzie kończy się retoryka, a zaczyna sprawstwo, będzie się ciągnął długo i żadna ze stron nie zmieni w nim zdania.
Znacznie więcej mówi co innego. Konsulat Ukrainy we Wrocławiu w oświadczeniu z 27 lipca stwierdził z przykrością, że w Polsce coraz częściej dochodzi do aktów przemocy wobec obywateli Ukrainy. W ślad za tym padła rada skierowana do rodaków przebywających za granicą: żeby jak najmniej rozmawiali w swoim języku w miejscach publicznych i żeby się pilnowali.
To jest zdanie, które warto przeczytać dwa razy. Przedstawicielstwo obcego państwa zaleca swoim obywatelom, żeby w Polsce nie mówili głośno po ukraińsku.
