Czy uczestnicy największego festiwalu fantastyki w Polsce byli śledzeni przez ratusz? W sieci zawrzało po publikacji nagrania z posiedzenia jednej z poznańskich komisji, na którym pada zdanie brzmiące jak wyjęte z filmu o inwigilacji. Urzędnik miał tłumaczyć, że jeśli telefon przebywał w obrębie imprezy co najmniej godzinę, miasto uznawało jego właściciela za uczestnika Pyrkonu i sprawdzało, co jeszcze robił w trakcie weekendu. Miasto stanowczo zaprzecza, by chodziło o jakiekolwiek śledzenie konkretnych osób.

Nagranie, które wywołało lawinę komentarzy, pochodzi z posiedzenia komisji Promocji Miasta, Turystyki i Rekreacji z 4 maja 2026 roku. Trafiło między innymi na Wykop, gdzie szybko obrosło hasztagami o inwigilacji i prywatności. Pojawiające się w materiale sformułowanie - że na podstawie obecności telefonu w danym miejscu można ustalić, co jego właściciel robił przez resztę weekendu - zabrzmiało dla wielu internautów wyjątkowo niepokojąco.

Co dokładnie miało paść na komisji

Według upublicznionego fragmentu urzędnik prezentujący dane miał stwierdzić, że jeżeli dany telefon przebywał w obszarze imprezy minimum godzinę, traktowano go jako sygnał obecności uczestnika Pyrkonu, a następnie analizowano jego aktywność w pozostałej części weekendu. W połączeniu z informacją o sprawdzaniu transakcji kartami płatniczymi całość zaczęła w sieci funkcjonować jako opowieść o tym, że ratusz po cichu monitoruje tysiące odwiedzających festiwal.

Miasto: to nie jest śledzenie konkretnych osób

W odpowiedzi na zarzuty przedstawiciele miasta wydali wyjaśnienie, w którym kategorycznie odcinają się od tezy o inwigilacji. Jak podkreślają, prezentowane podczas komisji dane dotyczące ruchu turystycznego są anonimowe i zagregowane, a więc nie pozwalają na identyfikację konkretnych osób ani śledzenie ich zachowań.

Według miasta urzędnicy nie mają dostępu do numerów telefonów, aplikacji ani danych osobowych użytkowników. Tego typu analizy są pozyskiwane od legalnie działających firm analitycznych, zgodnie z obowiązującymi przepisami. Ratusz zwraca uwagę, że gdyby dane pozwalały na rozpoznanie konkretnego mieszkańca, ich wykorzystywanie byłoby po prostu nielegalne.

Nic nowego ani wyjątkowego

W swoim stanowisku miasto przekonuje, że tego rodzaju statystyki nie są niczym nadzwyczajnym. Podobnie jak od lat analizuje się dane o liczbie noclegów w hotelach czy o ruchu pasażerskim, tak anonimowe dane o mobilności mają pomagać w lepszym zrozumieniu ruchu turystycznego i jego wpływu na miasto.

Dzięki nim - jak wskazuje ratusz - można szacować liczbę uczestników wydarzeń, kierunki przyjazdów, długość pobytu odwiedzających czy wpływ dużych imprez na lokalną gospodarkę. Mają to być jednak wyłącznie dane statystyczne dotyczące całych grup użytkowników, a nie pojedynczych osób. Miasto deklaruje też gotowość do udzielenia wyjaśnień każdemu, kto ma pytania o źródła danych, metodologię czy zgodność takich analiz z prawem.

Jak to działa naprawdę

Mechanizm, który wzbudził emocje, jest w branży znany od lat. Operatorzy telekomunikacyjni oferują tak zwane big data jako usługę dla firm i instytucji, a podstawą są zgody marketingowe podpisywane przy zawieraniu umów. Na tej podstawie organizator dużego wydarzenia może dowiedzieć się na przykład, z jakich regionów przyjeżdżają jego goście, w jakim są przedziale wiekowym czy jaka jest proporcja płci.

W praktyce wygląda to tak, że z analizy wynika choćby, że pewien procent uczestników to mieszkańcy Wielkopolski, część przyjechała z drugiego końca Polski, a niewielki ułamek z odległych miast. Takie informacje mogą posłużyć do całkiem przyziemnych celów, jak choćby zwiększenie liczby pociągów na obleganej trasie. Kluczowe jest to, że dane nie obejmują informacji o konkretnym Kowalskim czy Nowaku, bo ich przetwarzanie w taki sposób byłoby niezgodne z prawem.

Skąd biorą się obawy

Część komentujących zwraca uwagę, że problemem nie jest sama technologia, lecz świadomość użytkowników. Wielu z nas, podpisując umowy na usługi telefoniczne, karty kredytowe czy instalując aplikacje sieci handlowych, wyraża zgody marketingowe, nie czytając dokładnie, na co się godzi. To właśnie te zgody stają się później budulcem anonimowych statystyk, które trafiają do firm i instytucji.

Sprawa pokazuje, jak cienka bywa granica między zwykłą analizą ruchu turystycznego a poczuciem, że ktoś nas obserwuje. Z jednej strony miasto deklaruje pełną zgodność z prawem i operowanie wyłącznie na danych zbiorczych, z drugiej - sam sposób, w jaki temat został zaprezentowany na komisji, wystarczył, by wywołać niepokój. Na ten moment nie pojawiły się informacje o jakiejkolwiek kontroli czy postępowaniu w tej sprawie.

DOWIEDZ SIE WIECEJ:
Tragedia w luksusowym kurorcie na Dominikanie. Ogromny pożar, nie żyje turystka
Tragedia w luksusowym kurorcie na Dominikanie. Ogromny pożar, nie żyje turystka
Niedźwiedź w centrum Przemyśla. Pełna mobilizacja służb, w sieci pojawiły się nagrania
Niedźwiedź w centrum Przemyśla. Pełna mobilizacja służb, w sieci pojawiły się nagrania