Mężczyzna w stroju niedźwiedzia z bokserskimi rękawicami zapraszał w nocy z 9 na 10 sierpnia przechodniów na wrocławskim Rynku do zabawy w boksowanie. Gdy do symulowanej walki stanął mężczyzna w czerwonej koszulce, na niego samego rzucili się pijani przechodnie. Pobitego kopano, gdy leżał na ziemi, a jeden z napastników wykrzykiwał przy tym wyzwiska pod adresem Ukraińców. Nikt nie zgłosił sprawy służbom, ale całe zajście zarejestrował miejski monitoring.

Zabawa, która wymknęła się spod kontroli

Tego wieczora po centrum Wrocławia chodził przebieraniec w stroju niedźwiedzia z czerwonymi rękawicami bokserskimi. Do żartobliwych pojedynków stawali z nim różni ludzie, w tym dzieci w wieku szkolnym. Dołączył też mężczyzna w czerwonej koszulce, który, jak relacjonuje świadek w rozmowie z "Gazetą Wrocławską", bawił się z maskotką bez cienia agresji.

Sytuacja zmieniła się, gdy podeszli kolejni przechodnie. Jako pierwszy zaatakował mężczyzna w białej koszulce: najpierw kopnął uczestnika zabawy, potem zaczął go szarpać. Zaatakowany został zepchnięty w okolicę latarni i koszy na śmieci, gdzie kopało go już kilka osób. Napastnicy mieli być pijani. Uderzyli też osobę, która próbowała załagodzić sytuację.

"Jeb@ni Ukraińcy". Tylko że bity był Polakiem

Według świadka pobity mężczyzna leżał skulony na ziemi i po polsku prosił, żeby przestali go bić. W tym samym momencie napastnik w białej koszulce miał krzyczeć: "Jeb*ni Ukraińcy, kur@a". Świadek nie kryje zdumienia: bity mężczyzna mówił po polsku i według jego wiedzy sam był Polakiem, a obecni w pobliżu Ukraińcy w ogóle nie brali udziału w zajściu. "Polak bije Polaka, a jednocześnie krzyczy, że winni są Ukraińcy" - podsumowuje w liście do redakcji.

Wymowny jest kontekst: zaledwie kilka godzin wcześniej, w niedzielę 9 sierpnia, na placu Nowy Targ we Wrocławiu około 150 osób protestowało przeciwko narastającej fali ataków na osoby z Ukrainy i Białorusi.

Nikt nie zawiadomił służb. Sprawą zajęła się straż miejska

Ani świadkowie, ani sam poszkodowany nie zgłosili pobicia policji ani straży miejskiej. Sprawa wyszła na jaw dopiero dzięki publikacji "Gazety Wrocławskiej". Po niej straż miejska sprawdziła zapisy kamer i okazało się, że całe zajście zarejestrował miejski monitoring, w trybie automatycznym, bez udziału operatora. Materiał został zabezpieczony i trafi na policję, co potwierdził komendant Straży Miejskiej Wrocławia Piotr Kościelny.

Komendant tłumaczył też, dlaczego strażników zabrakło wtedy na Rynku: funkcjonariusze koncentrowali się na kończącym się Festiwalu Wina, Piwa i Sera oraz na ruchu samochodów dostawczych na płycie Rynku, a operator monitoringu był zaangażowany w koordynację tych działań.

Sprawcy pobicia na razie pozostają nieznani. O ich losie może zdecydować zabezpieczone nagranie z miejskich kamer.

DOWIEDZ SIE WIECEJ:
Pasażer jechał na dachu BMW ulicami Jasła. Cały rajd w oku policyjnej kamery
Pasażer jechał na dachu BMW ulicami Jasła. Cały rajd w oku policyjnej kamery
Pijany 65-latek odkręcił gaz w bloku i stał z zapalniczką w ręku. Służby wyważyły drzwi i zapobiegły tragedii
Pijany 65-latek odkręcił gaz w bloku i stał z zapalniczką w ręku. Służby wyważyły drzwi i zapobiegły tragedii