Filip Chajzer nie przebierał w słowach po ataku Ruchu Klimatycznego Jazda! na krakowski lokal Kreuzberg Kraft Kebap. W świeżym nagraniu prezenter zadał aktywistom jedno zasadnicze pytanie: jakim prawem zniszczyli komuś miejsce pracy? I od razu wypunktował ich największą pomyłkę. Lokal przy ulicy Wielickiej, który obrzucili zgniłym jedzeniem, wcale nie należy do niego. To franczyza, którą prowadzi zwykła krakowska rodzina. Zamiast w elity, aktywiści uderzyli więc w ciężko pracujących przedsiębiorców, którzy z zarzutami wobec celebryty nie mają nic wspólnego.
Do zdarzenia doszło w piątek wieczorem w Krakowie. Członkowie Ruchu Klimatycznego Jazda! najpierw pojawili się pod apartamentowcem na Starym Podgórzu, w którym mieszkanie posiada Filip Chajzer, i zostawili tam list adresowany do prezentera. Następnie pojechali do lokalu Kreuzberg Kraft Kebap przy ulicy Wielickiej, jednego z punktów franczyzowych sieci. Część lady, witryna i podłoga przed nią zostały obrzucone gnijącymi owocami pochodzącymi z lokalnego targu.
Na opublikowanym przez aktywistów nagraniu padły mocne oskarżenia. Chajzer został nazwany „przestępcą klimatycznym", odpowiedzialnym za „wysokoemisyjny tryb życia, denializm klimatyczny i propagowanie konsumpcjonistycznego stylu życia". Zepsute jedzenie miało zaś nawiązywać do „zgnilizny moralnej samozwańczych elit" i ich samolubnych działań.
„Jakim prawem?" Chajzer nie wytrzymał
Prezenter odpowiedział aktywistom w nagraniu, w którym nie krył wzburzenia. „Jakim prawem ja się pytam?", dopytywał, odnosząc się do zniszczenia lokalu, który ktoś musiał potem sprzątać na kolanach. I od razu wskazał na absurd całej sytuacji. Punkt przy Wielickiej nie jest jego lokalem, tylko franczyzą, prowadzoną przez niezależnych przedsiębiorców, którzy zainwestowali w biznes własne pieniądze i własną pracę.
W jego ocenie aktywiści, którzy w swoich manifestach grzmią o „bezkarności elit", w praktyce uderzyli dokładnie w kogoś odwrotnego. Nie w celebrytę z telewizji, nie w wielką korporację, tylko w zwykłą rodzinę, która każdego dnia staje za ladą i sprzedaje kebaby. To oni ponieśli realne straty i to oni musieli posprzątać bałagan zostawiony w imię „wyższych idei".
Franczyzobiorcy właśnie urodziła się córka
Jeszcze przed nagraniem Chajzer odniósł się do sprawy na Instagramie, gdzie udostępnił fragment akcji aktywistki w lokalu. Opisał przy tym, kogo tak naprawdę dotknęła cała akcja. Szymonowi, który prowadzi krakowski punkt Kreuzberg Kebap, właśnie urodziła się córka. Zamiast cieszyć się tym wyjątkowym czasem, ze szmatą w ręku sprzątał razem z pracownikami bałagan zostawiony przez aktywistów. Chajzer nie zostawił na sprawcach suchej nitki, pisząc wprost, że określenie „aktywiści" jest w ich przypadku na wyrost.
Prezenter zwrócił też uwagę na jeszcze jeden szczegół. Dookoła, w centrum handlowym, działa kilkadziesiąt wielkich globalnych marek. Aktywiści wybrali jednak rodzinny interes mieszkańców Krakowa. „Przeurocza, ciężko pracująca rodzina. Co do cholery oni są wam winni?", pytał.
I trudno odmówić mu racji w jednym punkcie. Nawet jeśli ktoś ma zastrzeżenia do stylu życia samego Chajzera, to franczyzobiorca odpowiada za jakość kebaba w swoim punkcie, a nie za to, czym lata i co konsumuje twarz marki, pod którą działa.
Kolejny cel w serii „Elity posrało"
Atak na krakowski kebab nie był odosobnionym incydentem. To kontynuacja serii performansów pod hasłem „Elity posrało, czas po sobie posprzątać!". Wcześniej celami aktywistów zostały Angelika „Andziaks" Trochonowicz i Małgorzata Rozenek-Majdan, których nieruchomości oblano sztucznymi odchodami. Wszystko wskazuje na to, że ruch dopiero rozkręca swoją kampanię wymierzoną w znane osoby.
Problem w tym, że internauci wcale nie kupują tej narracji. Pod nagraniem akcji zaroiło się od krytycznych komentarzy. „To już nie jest aktywizm, tylko zwykłe niszczenie cudzej własności i zastraszanie pod przykrywką szczytnych haseł", „Klimatu nie ratuje się wandalizmem, pogardą i publicznym linczem", pisali komentujący. Niektórzy wprost wieszczyli aktywistom pozwy, z których „nie wypłacą się przez następne 10 lat".
Na razie nie wiadomo, czy właściciele zaatakowanego punktu zdecydują się na kroki prawne wobec sprawców. Jedno jest pewne: zamiast debaty o klimacie, aktywiści wywołali dyskusję o tym, gdzie kończy się protest, a zaczyna zwykły wandalizm.